wtorek, 30 sierpnia 2011
Aspiryna dla duszy
Kiedy przychodzę do lekarza z bólem gardła, ten przepisuje mi lek. Dzięki temu dochodzę do zdrowia i znowu cieszę się życiem.
Kiedy boli dusza, również pojawia się myśl o znalezieniu remedium. Tylko gdzie go szukać?
Współczesny świat oferuje dużo rozwiązań. Pierwszym są pigułki właśnie. Weźmiesz wyciąg z dziurawca (albo prozac) i wszystkie Twoje problemy znikają. Drugim może być religia, dobra modlitwa wycisza i daje nadzieję - to rozwiązanie rozwiązanie dobre dla wierzących. Trzeci to psychoterapia. Dłuższa lub krótsza, dająca ulgę i działająca długofalowo. Wymagająca trochę wysiłku. Dla leniwych odpowiednie będą zaś kompulsje i nałogi (czwarte rozwiązanie).
Piąte rozwiązanie łączy w sobie kilka z powyższych - jest w nim trochę psychoterapii, wymieszanej z religią, może też przybierać cechy uzależnienia. Mowa tutaj o poletku rozwoju osobistego. Nie byłoby w nim nic złego, gdyby nie fakt, że najczęściej obiecuje się złote góry. Jeśli poczytasz opis jakiegoś "szkolenia" z zakresu np. NLP, dowiesz się zapewne, że jego celem jest uczynienie Cię szczęśliwym i wolny człowiekiem. W 7 dni! W takiej sytuacji inwestycja w postaci 5 tyś zł wydaje się niewiele znacząca. Ale to oczywiście fikcja. Nikt nie zmieni Cię gruntownie w 7 dni. Szkoda tylko, że nie wspominają o tym w reklamach. Zaoszczędziłbym trochę czasu i pieniędzy.
Czy należy więc to odrzucić? Po wielu latach zgłębiania literatury typu "self-help", rzuciłem ją w kąt i zająłem się życiem. Przeniosłem pasję na herbaty. Dobrze mi to zrobiło, pozwoliło spojrzeć na ten temat z dystansem. Ostatnio znowu do tego wracam, z nowym podejściem i wieloma wnioskami.
Jak przetrwać: Krótki poradnik dla rozwojowców
- Nie ma znaczenia, jaką metodę wybierzesz - byleby Ci odpowiadała i się sprawdzała. Nie ma metody uniwersalnej.
- Nie musisz się uczyć wszystkich metod świata, w poszukiwaniu "tej jedynej", która rozwiąże Twoje problemy i da Ci wieczne szczęście. Otóż nie ma takiej metody. Szczęścia nie osiąga się, ucząc się hipnozy, nlp, czy The Work. Należy go szukać raczej w "realu". Działając i zmieniając swoje życie. Nie mam tu na myśli ćwiczeń zmieniających świadomość, ale podejmowanie decyzji i przekładania ich na zachowania, dzięki którym wzrastasz. Np. możesz spędzić godziny na medytacjach w samotności, ale w ten sposób studiów nie skończysz. Tutaj bardziej pomoże siedzenia na tyłku nad książkami i naprawdę wszystko jedno, jak się zmotywujesz. Fajnie, że znasz metody NLP, czy umiesz wejść na wyższe poziomy świadomości. Miliony ludzi osiągają w życiu wielkie rzeczy, choć nigdy o czymś takim nie słyszeli. Pomyśl o tym.
- Traktuj metody rozwoju osobistego jak pigułkę na chorobę duszy. A wtedy wszystko będzie na swoim miejscu.
Gdy dusza choruje
Kiedy kaszel mija, odstawiasz przepisane lekarstwo, bo ono miało przywrócić Cię do stanu użyteczności i na tym jego rola się kończy. Nie zaczynasz popijać syropu codziennie z myślą, że skoro tak dobrze uleczył jedną chorobę, to może okaże się skuteczny na kolejne. Lek był Ci potrzebny tymczasowo, w normalnym życiu go nie potrzebujesz.
Gdy choruje dusza... to temat trudniejszy. Często rozpaczliwie szukamy rozwiązania, chwytając się dosłownie wszystkiego, co tylko ulży naszemu cierpieniu. Tym samym dajemy pole do popisu różnym "szarlatanom". Nie bądźmy jednak dla nich surowi. Część z nich faktycznie jest w stanie nam pomóc, a inni nie są do końca świadomi braku własnych kompetencji i są pewni, że nam pomagają. Prędzej czy później dowiemy się, że nie trafiliśmy na naszą uniwersalną drogę do szczęścia - zamiast jechać superszybką autostradą, błądzimy po leśnych ścieżkach.
A teraz najważniejsze: metody rozwoju osobistego pomagają ludziom. Tak, pomagają ludziom. Są jednak jak tabletki. Uleczą jakieś konkretne schorzenie, a inne pozostawią nieruszone. Niektóre z nich stosować trzeba długoterminowo, a wtedy dają efekty. Jeszcze inne przydają się często, ale doraźnie - niekoniecznie wymagają systematycznego stosowania. Co najważniejsze - niejednokrotnie są w stanie zastąpić prawdziwe lekarstwa (jeśli są stosowane rozsądnie).
Moja rada jest taka: nie traktuj metod rozwoju osobistego jako panaceum na wszystkie twoje problemy. Nie rób z tego stylu życia! Rozwój osobisty ma sens, o ile pozwala łagodzić cierpienia duszy albo jest środkiem do osiągnięcia jakiego celu, nie zaś celem samym w sobie. Co więcej, Twoim celem nigdy nie powinno być Szczęście ani Wolność, ani Bezgraniczna Motywacja itp. Nie, nie, nie! To wszystko osiąga się pracą, najczęściej potrzebna jest też wiedza i umiejętności inne, niż zarządzanie własnym umysłem. Traktuj więc self-help jak aspirynę dla ducha - gdy jest Ci źle, pokrzep się The Work, RTZ czy NLP - i ruszaj dalej w drogę.
Życie czeka.
niedziela, 25 lipca 2010
FETA 2010 - (foto)relacja
Dzisiaj przedstawiam krótką i bardzo subiektywną fotorelację z festiwalu FETA 2010. Zapraszam do lektury!!
środa, 21 lipca 2010
Kogo najbardziej ranisz swoją złością?
Czy często zastanawiasz się, jak radzić sobie ze złością? Jeśli tak, to doskonale Cię rozumiem. Po co to robisz? Po co się tym przejmujesz? Nie wiem, co Cię motywuje. Dla mnie najlepszym powodem, by zerwać ze złością, była obawa przed wyrządzeniem krzywdy innym ludziom. I wiesz co? Pomimo, że narzuciłem sobie samokontrolę, nie udaje mi się opanować wybuchów. Pomimo dobrych intencji, wciąż ponoszę te same konsekwencje swojej złości.
poniedziałek, 12 lipca 2010
W jaki sposób słońce może zaszkodzić nogom
Początek lata, a ja już wiele się nauczyłem. Na przykład - że zwykła wyprawa na plażę może w łatwy sposób zamienić się w kilkudniowe katusze, jeśli nie zapewnię sobie właściwej ochrony przed słońcem. Posłuchajcie mojej historii: Była sobota, początek lipca, piękne słoneczko zachęcało do wyjścia z domu. Wtedy jeszcze nie było takich upałów, jak dzisiaj. Razem z D. (moją ukochaną kobietą) postanowiliśmy wykorzystać ten dzień na wyprawę na Hel. Zdecydowaliśmy, że popłyniemy z Gdańska tramwajem wodnym. Tramwaj wodny, wbrew swojej nazwie, nie ma nic wspólnego z tramwajem. To po prostu zwykły stateczek. Ciekawe, skąd się wzięło takie określenie? Kiedy w sobotni poranek przybyliśmy nad Motławę, stateczek (pardon: tramwaj) już stał, a wokół kłębił się tłum pasażerów. Dziwiłem się, że stateczek może pomieścić tyle ludzi. Staliśmy zbyt daleko w kolejce, by spędzić podróż na pokładzie; na szczęście znaleźliśmy równie dobre miejsce pod pokładem. Rejs z Gdańska na Hel trwa prawie dwie godziny - z czego mniej więcej 40 min. zajmuje wyjście z portu. Jednakże podróż minęła szybko, gdyż spotkaliśmy sympatyczną parę rowerzystów i ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. Kiedy dobiliśmy do półwyspu, ruszyliśmy w kierunku plaży nad otwartym morzem. Dochodziła godzina 11, gdy nasze stopy dotknęły rozgrzanego piasku. Ze względu na stosunkowo wczesną porę, mieliśmy sporo plaży do dyspozycji, więc z łatwością znaleźliśmy fajną miejscówkę. Rozłożyliśmy się, D. nasmarowała mi plecy olejkiem, nogami zająłem się sam. Z opłakanym skutkiem, jak się później miało okazać. Rada człowieka głęboko doświadczonego: Dobrze chrońcie swoje nogi przed słońcem, bo potem będziecie NAPRAWDĘ cierpieć. Spędziliśmy na plaży 4 godziny, w atmosferze nadmorskiej idylli - bezchmurne, błękitne niebo, cicho szumiące morze i gorący piasek... Czuliśmy spokój i błogość i oddawaliśmy się słodkiemu lenistwu. Dbaliśmy o to, by słoneczko opalało nasze ciała równomiernie. Przypiekaliśmy się jak kiełbaski na grillu:). Czas leciał bardzo szybko. Około piętnastej zebraliśmy się i powędrowaliśmy do miasta w poszukiwaniu jedzenia - nasze żołądki informowały, że nadciąga pora obiadu. Bajkowy nastrój utrzymał się do momentu opuszczenia plaży. Siedząc w barze i czekając na rybkę zauważyłem, że bardzo pieką mnie nogi. Faktycznie, były brzydko zaczerwienione. Wtedy pomyślałem ?chyba nieco przesadziliśmy?. Kiedy po obiedzie spacerowaliśmy po mieście, pieczenie coraz bardziej dawało się we znaki. Po spacerze siedliśmy z pucharkiem lodów w jednej z tysiąca kawiarni. Siedzieliśmy w cieniu parasola i trzęsłem się z zimna. Marzłem, pomimo że w słońcu musiało być nie mniej niż 30 stopni! Koło kawiarni była apteka, tam kupiłem Panthenol, aby dać ulgę spieczonym (a właściwie: przypieczonym) nogom. Dreszcze były objawem stanu podgorączkowego. D. miała podobne objawy, toteż łapczywie szukaliśmy miejsc, gdzie było słońce. Odwrotnie niż reszta ludzi, unikaliśmy cienia. Martwiłem się, czy to nie początek udaru - ale innych objawów nie mieliśmy. Istotnie, PRZESADZILIŚMY. I to bardzo. W drodze powrotnej spotkaliśmy zaprzyjaźnioną parę rowerzystów i znów podróż minęła szybko. Wciąż miałem dreszcze i modliłem się, żeby być jak najszybciej w domu, ale musiałem wytrzymać te niecałe 2 godziny. Po przybiciu do brzegu odprowadziłem D. na autobus. Szedłem wyraźnie wolniej, niż zwykle. Ból w nogach się powiększał. Dowlokłem się do domu, a tam czekał mnie zimny prysznic - dosłownie. Musiałem się myć w letniej (prawie zimnej) wodzie ze względu na oparzenia. Już wtedy cierpiałem, ale na szczęście zasnąłem szybko. Rano okazało się, że ból w nogach uniemożliwia mi wstanie! Na goleniach i stopach pojawiły się brzydkie, piekące ciemno-czerwone plamy (na szczęście nie było poparzeń drugiego stopnia). Kiedy obolały ruszyłem do łazienki, na chwilę ogarnęła mnie wielka słabość... na całym ciele wystąpił zimny pot... myślałem, że zwymiotuję. "Udar!" - pomyślałem z przerażeniem. Ale te dziwne objawy ustąpiły po kilku sekundach. Potem rozbolała mnie głowa, i tak zostało na resztę dnia. Po południu spotkałem się ze znajomym, ale kiepski był ze mnie rozmówca. Chwila grozy nadeszła późnym popołudniem. Zauważyłem, że bardzo spuchły mi stopy. Początkowo, pomimo straszliwego bólu w goleniach zamierzałem pójść w poniedziałek rano do pracy, ale ta opuchlizna mnie poważnie zaniepokoiła. Dlatego kiedy obudziłem się dnia następnego i zobaczyłem, że nie zniknęła (a wręcz prawdopodobnie powiększyła się), a nogi przy wstawaniu nadal piekły potwornie, postanowiłem wziąć wolne i wybrać się do lekarza. Moja lekarka uspokoiła mnie, stwierdzając, że spuchnięte stopy są jedynie efektem oparzenia i że opuchlizna sama zejdzie. Kazała jedynie stosować zwykłe środki na oparzenia - w tym wspomniany Panthenol (wbrew pozorom nie jest to wpis sponsorowany;) ). Oprócz nóg, przysmażyłem również inne obszary ciała, ale ten potworny, rozdzierający ból goleni przytłumił wszelkie inne niedogodności. Pojawiał się, gdy wstawałem lub stałem (musiałem np. sikać na siedząco), i był mniej dotkliwy, kiedy chodziłem. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Snułem katastroficzne wizje powolnej destrukcji moich nóg. Najwidoczniej bardzo się do nich przywiązałem. Zostałem w domu na trzy dni, podczas których ból ustępował stopniowo. Od czwartku schodzi też opuchlizna. Moi drodzy - po tygodniu pełnym wrażeń, powiem tylko tyle: Chrońcie nogi na plaży! Naprawdę, żadna opalenizna nie jest warta takiego cierpienia. Oparzenia na goleniach i stopach goją się bardzo długo. Nawet po tygodniu moja noga pobolewała gdzieniegdzie, a zaczerwienienie znika powoli. Mam dość opalania na najbliższy miesiąc:).
piątek, 09 lipca 2010
Kurs języka angielskiego za pół ceny? Nie, dziękuję.
Czy kursy językowe można sprzedawać jak ubezpieczenia i odkurzacze? Przekonałem się, że można. Dzisiaj przeprowadziłem interesującą rozmowę z lingwistą - akwizytorem:).
Wszystko zaczęło się od tego, że jakiś czas temu zaczepiła mnie w Empiku młoda niewiasta, proponując w ramach konkursu wypełnienie ankiety dotyczącej nauki j. angielskiego. Niewiasta kusiła możliwością wygrania darmowego kursu. "A co mi tam" - pomyślałem. Od pewnego czasu noszę się z zamiarem zapisania się na kurs. Byłem niemal pewny, że ankieterka ściągnie ode mnie dane osobowe (przed wszystkim - numer telefonu), ale w tamtej chwili wydawało się, że to niezłe rozwiązanie - szkoła sama zgłosi się do mnie z propozycją, ja i tak zamierzam się gdzieś zapisać, może obiecają jakieś bonusy. Dziewiczo nieświadomy wypełniłem ankietę, która była jedynie pretekstem do zdobycia potencjalnego klienta (pytania na poziomie przedszkola).
Minęło kilka tygodni i niemal zapomniałem o tym zdarzeniu. Kilka dni temu niespodziewanie dzwoni telefon - numer zastrzeżony. Pan informuje, że zostałem zakwalifikowany do grupy szczęśliwców, którzy mogą otrzymać kurs z 50% zniżką. Super! - pomyślałem, i umówiłem się na spotkanie w piątek (czyli dzisiaj).
Przychodzę na umówioną godzinę, nawet kilka minut wcześniej - w pomieszczeniu recepcja, kilka boksów, w których sprzedawcy najwyraźniej rozmawiają z potencjalnymi klientami. Mówię miłej Pani w recepcji, że jestem umówiony na spotkanie na 15, że był telefon itp. Pani bierze moje nazwisko, wklepuje w komputer, po chwili zdziwiona mówi, że nie ma mnie w Systemie (uwielbiam systemy!). Zrobiło się małe zamieszanie, Pani wykonała telefon, po czym po kilku minutach oczekiwania trafiam do jednego z wolnych boksów. Pan Sprzedawca podejmuje jeszcze jedną próbę znalezienia mojej skromnej osoby w meandrach Systemu - bezskutecznie. Jednak wydaje się niezrażony i zaczynamy rozmowę.
Na początku Pan poinformował mnie, że promocja trwała do końca czerwca i mam szczęście, bo została rozciągnięta jeszcze na ten tydzień (co za "fart"! - w mojej głowie zapaliła się wielka czerwona lampa). Przedstawił mi na czym polegają zalety metody, z której korzysta szkoła - w międzyczasie zadając niewinne pytania, na które odpowiedź musiała brzmieć "tak" (dzięki temu łatwiej klientowi później zgodzić się na zakup). Skrzętnie omijał kwestię ceny. To też utrzymywało mnie w czujności.
Po tym, jak już dowiedziałem się o wspaniałej metodzie, zostałem zaproszony do komputera, żeby przeprowadzić test moich zdolności językowych (poszło słabo, byłem zmęczony i "niedysponowany"). Po teście spotkaliśmy się ponownie w boksie, aby ustalić, na jak długi okres chcę wykupić kurs - chociaż jeszcze nie powiedziałem, że zamierzam brać udział! - o cenie wciąż ani słowa! Alarm w mojej głowie wył coraz głośniej.
Pan sprzedawca wszystko wytłumaczył - ile modułów muszę wykupić, aby dojść do zamierzonego poziomu, i że "zniżka 50%" polega na tym, że za standardową cenę dostanę dwa razy więcej modułów. Trafiłem na dodatkowe promocje - kurs wakacyjny gratis oraz podręczniki za darmo, jeśli zdecyduję się najpóźniej do wtorku.
I tu dochodzimy do długo wyczekiwanego punktu programu - Pan podaje cenę. Na karteczce przelicza i wypisuje - to będzie "jedyne" 20 rat po 165 złotych za 18 miesięcy nauki (plus wakacje gratis) - z czego jeden moduł - 20 godzin (!) z lektorem plus drugie tyle z komputerem miałby trwać ok. 2,5 miesiąca. Zacząłem obliczać w głowie, ile to mniej więcej będzie kosztowało. Pan Sprzedawca, nieco zirytowany moimi przeliczeniami, pokazuje mi cenę na kalkulatorze - niecałe 4 tyś. Co do rat - miałbym je spłacać w ramach "kredytu 0%". Niestety, na hasło "0%" dostaję wysypki (znając życie i tak wcisnęliby mi dodatkowe bonusy - chociażby ubezpieczenie kredytu) i już wiedziałem, że podziękuję, bo nie byłem w stanie wyłożyć takiej kwoty jednorazowo. Pytam się Pana, czy nie byłoby możliwości wykupienia mniejszej ilości modułów. Pan mówi, że właściwie tak, ale musiałby poprosić szefa o zgodę:) (to straszne "obostrzenie" było naprawdę wzruszające) - po czym znów wykonał obliczenia na kalkulatorze i wypisał kolejną cenę w formie rat. Nie chciało mi się tym razem nawet liczyć pełnej ceny, bo byłem już zmęczony tym nachalnym wciskaniem kredytu.
Najciekawszym bonusem była wspomniana Książka. Nie bez powodu używam wielkiej litery na początku, bo nie była to zwykła książka, a Książka właśnie - gdyż szkoła wyceniła ją na - uwaga - 750 złotych!!! Czyżby rzekomy podręcznik posiadał wysadzaną złotem i diamentami oprawę?:) (podejrzewam, że oprócz Książki w skład zestawu wchodziły inne materiały, ale co mogło tyle kosztować??).
Pod koniec Pan wywierał silną presję, próbował dociekać, co mi się nie podoba i powstrzymuję mnie przed natychmiastowym rzuceniem się na "promocję" z zachwytem, ale niestety broniłem się tym, że muszę to przemyśleć. I bardzo dobrze! Panu wyraźnie zależało na tym, żeby zgarnąć prowizję. Straszył mnie tym, że niedługo szkoła zmieni cennik i ceny pójdą w górę, z kolei na jesieni dojdzie jeszcze podatek VAT i znów czeka nas podwyżka. Dodatkową zachętą była możliwość rezygnacji z kursu w dowolnym momencie. Pan wytłumaczył mi, że jeśli zechcę przerwać naukę, szkoła za mnie wypowie umowę z bankiem (!), a ja zapłacę tylko za faktycznie odbyte zajęcia. Wszystko pięknie, jednak czytałem wiele opinii na forach, gdzie wypowiadają się niezadowoleni klienci. Podobno w umowie brakuje odpowiednich zapisów. Nie potrafię tego zweryfikować, bo żadnej umowy na oczy nie widziałem. A na pewno nie zdecydowałbym się na zakup, zanim nie przeszukałbym jej wnikliwie pod tym właśnie kątem. Zresztą, na forach przeczytać można również o "promocjach" i o tym, co się z nimi dzieje po zerwaniu umowy. Nie jest kolorowo. Przy okazji okazało się, że "promocje" trwają cały czas i żaden ze mnie szczęśliwiec. Buuu.
Mam cichą nadzieję, że cudowna szkoła Speak Up da mi spokój po dzisiejszej rozmowie. Jednak znając próbkę stosowanych przez nich technik sprzedażowych jestem niemal pewien, że jeszcze się odezwą. Może jednak mam szczęście i faktycznie zostałem zagubiony w Systemie (a wraz ze mną mój nr telefonu)? Po raz pierwszy cieszę się, że jakaś instytucja ma u siebie bałagan.
Chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że nie uczestniczyłem w zajęciach i nie umiem powiedzieć, jaki poziom nauczania prezentuje szkoła. Niewykluczone, że są dobrzy. Jednak zniechęcił mnie sposób, w jaki przedstawiono mi kurs. Zamiast podyskutować o konkretach, na spotkaniu byłem atakowany technikami sprzedaży (rodem z nachalnego telemarketingu). Poszedłem tam tylko dlatego, że nie spodziewałem się, że w taki sposób można sprzedawać kurs języków obcych (z kredytem w pakiecie). Najwidoczniej świat poszedł do przodu (a może do tyłu?).
Kursu języka angielskiego poszukam gdzie indziej.
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
Zakładki:
Autor
Cykl "Zmieniamy Myślenie"
FOTKI
Linux i Wolne Oprogramowanie
Rozwój osobisty
Skargi,zażalenia,wnioski kierować:
Sznurki
|